Na obczyźnie a jednak jak w domu
Jeśli ktoś uważnie śledził ostatnie doniesienia tu umieszczane przeze mnie, co nie jest trudne, bo rzadko mi się zdarzało, to wie, że Okruszek obecnie szczęśliwym emigrantem jest. Mieszkam sobie w Barcelonie, mieście Gaudiego i Tapiesa rozsławionym ostatnio przez Ruiza Zafona, Falconesa i Allena. O tym, że Barcelona pięknym miastem jest, każdy wie, więc nie będę się o tym rozpisywać. To, jakie mam przedmioty na studiach, gdzie mieszkam, co już zwiedziłam i gdzie imprezuję pewnie nikogo nie interesuje. Podzielę się zatem tym, czego zapewne nie wiecie, a co pewnie was zaskoczy, tak jako i mnie na początku zaskoczyło.

Otóż Polak w Katalonii nie powinien czuć się jak na wygnaniu, gdyż okazuję się być jego drugą ojczyzną. 

Zaraz po przyjeździe dowiedziałam się, że wszyscy Hiszpanie nazywają Katalończyków los Polacos czyli Polakami, ale nikt nie był w stanie mi wyjaśnić dlaczego. Dedektyw Okruszek na tropie – pomyślałam – oto okazja na pierwsze badania terenowe i śledztwo dziennikarskie.

Udało mi się uzyskać trzy i pół wyjaśnień tego stanu rzeczy.

1

W czasach frankistowskich, gdy wszyscy młodzi chłopcy odbywali obowiązkową służbę wojskową w koszarach, najczęściej z dala od domu, rekruci z różnych regionów mieszali się w jednym oddziale. Wtedy Katalończycy trzymali się razem i rozmawiali ze sobą po katalońsku, a ich koledzy nie mogąc zrozumieć tego języka twierdzili, że jest tak dziwny jak polski - więc ci którzy się nim posługują to Polacy.

2

Katalonia jest tak daleko od reszty kraju jak Polska.

3

W kataloni najpopularniejszym wizerunkiem matki boskiej jest czarna madonna z Mont Cerrat, jest ona czarna ponoć jak nasza matka boska częstochowska.

(jest to moim zdaniem wyjaśnienie najbardziej naciągane, ale szacunek dla tego Hiszpana, który dokopał się do naszej bozi z Jasnej Góry).

3.5

Jest niekompletne, dlatego traktuje je połowicznie. 

Ktoś mi powiedział, że chodziło o jakieś mistrzostwa sportowe, gdzie Polacy pokonali Hiszpanów, czym zasłużyli oczywiście na niechęć mieszkańców półwyspu. a że Katalończycy przez Hiszpanów też nie są zbyt lubiani, to jakoś to się zrosło. 

(wersja również moim zdaniem mało prawdopodobna)

W związku z powyższym nikogo nie zdziwi kolejny akcent rodzimy, a mianowicie publicystyczny program, gdzie parodiuje się polityków nadawany w katalońskiej lokalnej tv3 (skrzyżowanie „Polskiego ZOO” z „Rozmowami w Tłoku”), nosi tytuł „Polonia” czyli Polska.

A na koniec jeszcze dodam, że program sportowy nazywa się Cracovia czyli Kraków. Tu jednak, jak w każdej dobrej powieści, podobieństwo do miejsc i osób rzeczywistych jest przypadkowe. Tytuł pochodzi od kraks jakie się zdarzają sportowcom na stadionach.

No to tak na dobry początek relacji z Barcelony.

Wstydzę się zaniedbania mojego bloga ukochanego. Solennie zatem obiecuje poprawę i częstsze pisanie.
2009-10-20 16:44:05 skomentuj (2)


Elfie żarty nie śmieszą nikogo

Naszła mnie ostatnio taka refleksja, że moje żarty nie śmieszą nikogo, bo inteligenci to kasta w naszym społeczeństwie na wymarciu, i zrobiło mi się smutno z tego powodu.

Przytaczam poniżej kilka przykładów, i może ktoś mi powie, czy to ja jestem niewiadomo jaka, czy też oni może.

1. Na zajęciach dyskutujemy czy w szkole nadal powinno się uczyć przysposobienia obronnego.

Głos spod okna – Jest to zupełna strata czasu.

Głos spod ściany – Właśnie, przecież w szkole i tak nie nauczymy się strzelać.

Ja – Nam strzelać nie kazano.

Sala - … - milczy (jak Iwona), patrzą na mnie z wyrzutem nierozumiejące oczy studentek filologii.

2. Stoimy w kolejce - ja i jedna z wyżej opisanych.

Ktoś się przede mnie wepchał.

Ja – Halo, pan tu nie stał.

Ona – Ha, ha, ha, to z Barei, prawda?

Ja – Nie, z Barańczaka, ale w sumie też na B. – dodaję zrezygnowanym głosem.

Myślałam, że może wiedza humanistyczna jest niepopularna, postanowiłam więc zmienić front.

Kolega – Dlaczego ty nigdy nie możesz się na nic zdecydować raz a dobrze?

Koleżanka zalotnie – Wiesz, bo kobieta zmienną jest.

Ja – I dlatego możemy po niej całkować.

- i znów spotkałam się z niezrozumieniem otoczenia.

Przytulcie kropka, który ma tak beznadziejne poczucie humoru, że jego żarty nikogo nie śmieszą.


2009-06-12 17:42:38 skomentuj (3)


Sentymentalna resuscytacja

No, jak tu zaraz czegoś nie zamieszczę, to gotowi mi skasować mojego ukochanego, sweetaśnego blogaska. Od kiedy coś pisałam od siebie to strasznie dużo się zdarzyło, więc nawet nie będę udawać, że próbuję to opisać. Z ważnych zmian życiowych - muszę się pochwalić tym, co jeszcze nie wiedzą, że na jakiś rok pozbędą się mnie z kraju, bo dostałam się na Erasmusa do Barcelony i smerfuję do tego pięknego miasta już w sierpniu. Inne historie może opiszę następnym razem. A dziś taka refleksja trochę sentymentalna o dniu kobiet mnie naszła.

Siedzę właśnie z nosem wpakowanym w ślicznego tulipanka od M. i stwierdzam, że to nieprawda że tulipany nie pachną, pewnie że pachną. A jak ktoś nie czuje to znaczy, że ma katar. Siedzę tak i może dlatego, że pierwszy raz od 4 lat jakiś dowód pamięci z okazji dnia kobiet mnie spotkał, zaczynam lubić to święto i zebrało mi się na sentymenty. Z rozczuleniem wspominam różę jaką dostałam w pierwszej klasie gimnazjum - była to pierwsza poważna róża w moim życiu, aż ją zasuszyłam. W następnej klasie koledzy zdecydowanie już bardziej realistycznie oceniając poziom naszego rozwoju emocjonalnego kupili nam lalki Barbie, z czego moja została zdekapitowana od razu przez kolegów bo grali nią w baseball. Łezka w oku mi się kręci jak sobie przypomnę, jakim prezentem powitali mnie koledzy z klasy informatycznej, bo tak się składa, że gdy w pierwszej klasie liceum zmieniłam profil, to pierwszy dzień wśród nowych kolegów wypadł 8 marca, z której to okazji każda dziewczyna została obdarowana przez praktycznie myślących informatyków paczką prezerwatyw marki Durex. Chłopców w klasie było 27, dziewczyn 9, każda paczka zawierała trzy sztuki rzeczonego produktu; rachunek prosty i jakże wymowny. W następnym roku chłopcy również popisali się dowcipem i kupili nam po paczce nasionek, były zatem kwiatki, ale w wersji do it yourself. A w klasie maturalnej zastrajkowali i nic nie dostałyśmy.

Takich to miałyśmy fajnych kolegów.

A poniżej parę dialogów ze wspomnianymi kolegami:

1

Laska (9-03-2009 22:59)

ej

Laska (9-03-2009 22:59)

ja od dawna wiem ze jestes kobieta

:D

Ja (9-03-2009 23:15)

ta, a po czym to zauważyłeś?

:P

Laska (9-03-2009 23:19)

hmm

Laska (9-03-2009 23:20)

a zgadnij

:P

Ja (9-03-2009 23:20)

no właśnie się zastanawiam

Ja (9-03-2009 23:20)

czy po moim niskim ilorazie inteligencji czy po moich dużych cyckach?

:P

Laska (9-03-2009 23:24)

hmm wcale nie uważam żebyś była bardzo głupia

:P

2

Ja (9-03-2009 23:53)

kobietom tak na prawde niewiele trzeba do szczęścia

JJ (9-03-2009 23:54)

moze to i prawda, ale rzadko wiadomo czego

x:D


2009-03-10 01:03:03 skomentuj (5)


Small talk

Oto fragment z mojego podręcznika do antropologii słowa, made by Teresa Hołówka, która popełniła go pod wpływem wizyty na jednym z typowych amerykańskich kampusów.

Nigdzie przybyszowi nie jest tak nieswojo jak na typowym, amerykańskim party: dwadzieścia - trzydzieści osób na stojąco, po dwa drinki na twarz, symboliczne zakąski, czas trwania (podany na zaproszeniu) około dwu godzin. Nie sposób stanąć sobie z kieliszkiem w ręku i słuchać. Instytucja party zakłada jak najwięcej kontaktów z jak największą liczbą osób. Wnet ktoś podchodzi i zaczyna się przeplatanka obu dopuszczalnych wariantów dialogu:

- Pozwól, Tyreza, że ci przedstawię moją przyjaciółkę Sahny.

- Jestem Sahny Johnson, miło mi cię poznać, Tyreza, jak się czujesz?

- Trochę za dużo tu ludzi i jakby za gorąco. Ja...

- Ja też doskonale. Jak masz na nazwisko? Nie możesz przeliterować? Houuuu... nie, tego się wprost nie da wymówić. Czy to francuskie? Ach, tak. Gdzie leży ten kraj? No, no. Kto by powiedział. Czy studiujesz u nas?

- Nie wyglądam chyba na studentkę. Ja...

- Racja, racja, nigdy nie ma złej pory na zdobycie wykształcenia. Nasza stanowa uczelnia jest znakomita, prawda?

- Skończyłam już studia. Jestem tu z mężem i z dziećmi. No i właśnie...

- To wspaniale. Czy dzieci chodzą do szkoły? Nasze szkolnictwo jest znakomite. Jak ci się podoba ten kraj?

- Są oczywiście duże różnice. Na przykład...

- Tak, to jasne. Do wielu rzeczy trzeba się przyzwyczaić.

- Nie ma życia bez zmian (przypominam sobie tytuł szkolnej czytanki).

- Nie ma, właśnie. Miło mi cię było poznać. Mam nadzieję, że znów się zobaczymy.

- Cześć, nazywam się Brendan. A ty?

- Tyreza Holouka. Jak się masz, Brendan.

- Mam się świetnie. Ta szynka jest przerażająco dobra, prawda?

- Przerażająco.

- Czy studiujesz? I skąd jesteś?

- Przyjechałam z Polski, z mężem i dziećmi, on jest na wymianie, one chodzą do szkoły. Wasza szkoła jest znakomita, chociaż...

- Nie przeżyłaś szoku kulturowego?

- Szoku to nie, w końcu...

- Ja właśnie piszę o tym rozprawę. Każdy tu znajdzie, co chce: Włoch swoją pizzę, Meksykanin taco, Chińczyk pędy bambusa. Ty też będziesz miała tę swoją... jak to się nazywa... no... kielibasy. Jako gospodyni domowa pewnie lepiej się na tym znasz ode mnie, prawda?

- Niespecjalnie, ja...

- Masz jakieś hobby? Czym wypełniasz sobie czas?

- Właściwie niczym szczególnym. Głównie się przyglądam, bo mam wrażenie, że...

- Coś sobie znajdziesz. Trzeba mieć jakiś pomysł na życie. Czy pozwolisz, że zadzwonię do ciebie któregoś dnia w sprawie polskiej kuchni? Miło mi było. Do zobaczenia!

- Cześć, mam na imię Rosie, jestem żoną Brendana.

- Cześć, mam na imię Tyreza, przyjechałam tu z mężem i z dziećmi. Ta szynka jest przerażająca...

- Przerażająca. Bez szynki nie ma dobrego przyjęcia. Co jest twoim hobby?

- Nie nazwałabym tego "hobby". Próbuję...

- No, to ja cię zaraz w coś wciągnę. A skąd znasz angielski? Czy chodziłaś na kursy YMCA? Prawda, jak wspaniale uczą? Parę miesięcy i zaczynasz mówić.

- Angielskiego uczyłam się w kraju, z którego przyjechałam.

- Niesłychane! To wy uczycie się języków obcych? W szkole?

- Tak. Ja akurat uczyłam się angielskiego na kursach. W szkole mieliśmy rosyjski i...

- Hej, Vivian! Tu jest Tyreza, która zna rosyjski! Pierwszy raz widzę kogoś, kto zna rosyjski. To musi być ekscytujące, prawda? Czy bardzo podobny do angielskiego? Poznaj Vivian, ona jest prezeską Stowarzyszenia Ambitnych Pań Domu.

- Jak się masz, Tyreza. Na imię mi Vivian.

- Mam się świetnie i szukam jakiegoś zajęcia. Na przykład znam rosyjski...

- Proszę cię bardzo. Mamy dla ciebie kursy układania bukietów, hodowli roślin doniczkowych, ekonomii gospodarstwa domowego, pierwszej pomocy medycznej. Wpłaty dokonujesz do Zjednoczonego Banku Kredytowego, numer konta...

- Nie zrozumiałaś mnie. Ja szukam jakiegoś płatnego zajęcia.

- W naszym biurze pośrednictwa pracy są bardzo życzliwi i ofiarni ludzie. To jest na rogu Trzeciej Zachodniej i Dwunastej Północnej. Ta sałatka jest przerażająca. Muszę zapytać Linde, jak się ją robi. Mam nadzieję, że się znów spotkamy.

- Na imię mi Ella. Rosie mówiła właśnie, że znasz rosyjski. Czy mogłabyś mi w przyszłym roku udzielić paru lekcji? Chcemy wybrać się z mężem na Węgry, no i właśnie szukamy taniego nauczyciela, bo...

- W przyszłym roku wracamy już do Polski. Niestety, nie będę mogła.

- Wracacie? Do Polski? Do tej Polski, co to o niej tyle ostatnio mówili w telewizji? Hej, Judy, tu jest Tyreza, przyjechała z Polski i chce wracać!

- Na imię mi Judy. Jestem wykwalifikowanym psychoterapeutą. W czym mogę ci pomóc?

- Mnie? W niczym. Czuję się świetnie.

- Przeżywasz normalne kłopoty z adaptacją. Ale możemy je razem przezwyciężyć. Prowadzę specjalną grupę dla cudzoziemców i osiągamy wspaniałe wyniki. Uwierz tylko we własne siły. Tu masz mój numer telefonu. Jak się zdecydujesz, możesz dzwonić codziennie między piątą a ósmą. Jeżeli nie stać cię na opłatę jednorazową, możemy rozłożyć na raty. Na początek...

- Dziękuję ci bardzo, ale nie skorzystam. Powiedz mi jednak, jak to robisz? Przecież są to ludzie o tak różnym zapleczu...

- Stosuję najnowocześniejsze metody. Czy byłaś już we Wschodnim Pasażu Handlowym? Znakomite sklepy, prawda?

- Znakomite. No, mam nadzieję, że się znów zobaczymy.

- Cześć, nazywam się Keith. Trochę za ciepło jak na kwiecień, prawda?

- Nazywam się Tyreza. Rzeczywiście za ciepło.

- Czy byłaś już na ostatnim meczu naszych? Wspaniałe chłopaki!

- Nie byłam, ale z pewnością wspaniałe chłopaki. Wygrali?

- Albo wygrywasz, albo przegrywasz. Innego wyjścia nie ma.

- Nie ma. Studiujesz, Keith, czy pracujesz?

- Pracuję w sklepie Eisnera. Wyciągam na razie rocznie osiem patyków, ale za parę miesięcy spodziewam się podwyżki. Mam też spłacony domek przy Czwartej Południowej. Linda wspaniale gotuje, prawda?

- Wspaniale, ta szynka jest...

- Ja najbardziej lubię spaghetti, a ty?

- Chyba smażone kurczęta.

- Też mogą być dobre, jak je porządnie przypiec. Jakie jest twoje hobby?

- Przyglądanie się ludziom, a twoje?

- Znaczy, fotografujesz. A jakiego sprzętu używasz?

- Całkiem zwyczajnego. Uśmiałbyś się, gdybym ci powiedziała.

- Masz rację, zwyczajne jest często najlepsze. No a śmiech to zdrowie!

- Ta szynka jest przerażająca. Na imię mi Stan, a tobie?

- Tyreza. Jak się masz, Stan. Czy studiujesz?

- Nie, zrobiłem już doktorat i teraz biorę udział w specjalnym projekcie federalnym, za dwa miesiące kończymy. Fantastyczne! A ty co porabiasz?

- Jestem tu z mężem, on uczy na uniwersytecie. Moje hobby to socjologia stosowana.

- O! Czy chodzisz na pogadanki?

- Nie, raczej bawię się we własne obserwacje.

- O! I nie wzięłaś żadnego kursu?

- Kursów to ja miałam w życiu aż nadto. Raczej, jak by to powiedzieć...

- Mmmmm... a tego, jak ci się tu podoba?

- Zachwycona jestem. Mmmm... a tego, a jak ci smakuje to ciasto?

- Fantastyczne. A tobie jak?

- Fantastyczne.

- Słuchaj, a tego... o, już wiem, czy ty jesteś z Ameryki Południowej? Masz przecież katolickie imię. Skąd wiem? No, wiem. Święta Teresa z Avila i święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Która jest twoją patronką? Skąd przyjechałem, pytasz? Z Polski, to taki kraj w Europie. Rany boskie, czemu od razu nie mówisz? Staszek jestem. Cholera, jak tu nudno. Żarcie niejadalne. Żadnego przytomnego alkoholu. Ta cała Linda to, proszę ciebie, nimfomanka. Ten facet pod regałem jest jej aktualnym, siedemnaście lat dopiero, kazała mu zapuścić brodę. Moja szefowa w Krakowie też robiła podobne numery. Ten projekt? Pic na wodę, dobrze płacą i tyle. Jak leci? Obleci?

- Obleci. Żeby tylko człowiek nie musiał chodzić na te cholerne parties.


2009-01-16 15:46:01 skomentuj (4)


Oczko

Dzisiaj są moje urodziny,
które obchodzę bez rodziny,
daleko, wysoko wśród manowców,
w pokoiku na górze hangaru dla szybowców...

21 lat temu jakieś parę setek kilometrów stądm w obskurnym szpitalu na sali dla noworodków leżał mały berbeć. Leżał? A może właśnie pojechał do mamy na karmienie? Niezależnie co robił, a raczej co z nim robiono, na pewno darł się wniebogłosy z całą mocą swych zaledwie od pół doby oddychających tlenem atmosferycznym płucek.  Od tamtej pory berbeć gdziekolwiek się nie pojawił robił wokół siebie zawsze tyle hałasu, żeby uwaga otoczenia skupiała się wyłącznie na nim. Minęło trochę lat, teraz berbeć siedzi na 10 piętrze swego akademika i samotnie popijając piwo obserwuje przez okno ludzkie mrowisko na dole.

Samotny wśród ludzi,
którzy myślą - on nigdy nie jest sam.
Chcę się wyrzucić. Życie nudzi...

Zaczęło się jeszcze wczoraj wieczorem, a w zasadzie dziś rano. Siedzieliśmy jak zwykle  dość tłumnie na korytarzu, gdy Oya nagle łapiąc mnie za ramię krzyknęła – za 5 minut masz urodziny. Potem z zegarkiem w ręku odliczała, by równo o północy dać znać zebranym. Odśpiewali mi 100 lat, najpierw chóralnie po polsku, potem Oya z Ipek w duecie tureckim, a na końcu Roman po francusku. Nawet pani z portierni, która wpadła z zamiarem rozgonienia okropnych, hałasujących studentów, gdy dowiedziała się, że świętujemy właśnie moje urodziny, pożyczyła mi wszystkiego najlepszego i tylko pogroziła z uśmiechem palcem na odchodnym.

Zaraz po północy telefon od Mikołaja. Zawsze i wszędzie musi być pierwszy :D Potem sms od Mony, życzenia od Ani. Rano lawina smsów. Mama zadzwoniła i do mojego rozespanego ucha również odśpiewała mi 100 lat. Powoli przyzwyczajam się, że ani 1 grudnia ani 4 maja, gdy otwieram oczy, przy łóżku nie czeka zmyślnie w czasie mego snu podłożona paczuszka z prezentem. Przyzwyczajam się, choć wciąż mi tego brakuje. Postanowiłam zatem uczcić urodziny po swojemu. Zrobiłam sobie wykwintne śniadanie: kanapki z ciemnego chleba, sera, pomidorów i ogórków z herbatą pomarańczową - to rarytas, który ostatnio miałam okazję jeść w domu jakiś miesiąc temu. W akademiku zwykle nie mam ani czasu ani produktów do tak wymyślnych śniadań. Stojąc przed szafą z ubraniami uświadomiłam sobie, że mimo tego, że tylu przyjaciół o mnie dziś pamięta, o czym świadczyła ciągle cicho popiskująca na biurku komórka, to z nikim z nich swego święta tak naprawdę nie uczczę, nigdzie nie wyjdę, z nikim się nie spotkam, poza Martyną, z którą byłam umówiona na zakupy pod kątem imprezy urodzinowej. Co mi tam, urodziny są raz do roku to mogę się odstawić nawet dla samej siebie. Wyciągnęłam ostatnio kupione koronkowe rajstopy i nowy komplet bielizny, czarną spódnicę, turkusową bluzkę i ulubiony zestaw srebrnej biżuterii. We włosy wpięłam spinkę z kwiatkiem, zresztą urodzinowy prezent od wiedźm, i poszłam na uczelnię. Po raz pierwszy od ponad tygodnia wyjrzało słońce, zdecydowałam się zatem nawet na jesienne pantofelki na obcasie. To nic, że nikt nie zauważył jaka jestem piękna i elegancka, bo to był mój prezent dla samej siebie.

Moja grupa na hiszpańskim odśpiewała mi „Cumpleaños feliz”, a napływające wciąż smsy od znajomych czasem nawet bardzo dawno niewidzianych oraz zdawkowe „wszystkiego naj” rzucane w przelocie przez koleżanki na wydziale podtrzymywały urodzinowy nastrój. Do domu wróciłam piekielnie głodna, mając kwadrans do umówionej wyprawy zakupowej, porwałam w biegu ze sklepiku sałatkę warzywną. W pokoju zafundowałam sobie uroczystą kolację przy świecach, z tym, że zamiast wykwintnych dań była kupna sałatka jajeczno-kukurydziana, zamiast nastrojowego jazzu - spiker w radiu emocjonujący się przypływem zalewającym dziś Wenecję,  zamiast rzeczonych świec podgrzewacze, a zamiast przyjaciół - pluszowy miś koala, wytrzeszczający na mnie swoje wielkie, plastikowe, nic nie rozumiejące ślepia.

Nawet nie sądziłam, że wycieczka do Carrefoura stanie się najciekawszym sposobem spędzenia tegorocznych urodzin. Rozsypanie całego regału zupek w proszku, rzucanie się zgniłymi mandarynkami na dziale owocowym, ganianie się wokół lodówki z serami, wkładanie wzajem mrożonek pod koszulkę, pojedynek na świeczki, podania lotem koszącym przez całą długość alejki paczek z musli i pokładanie się na różowych pluszowych kucykach pony to tylko nieliczne z atrakcji, jakie zafundowaliśmy klientom Carrefoura.

Jest wieczór. Powinnam przeczytać teksty na jutrzejszą historię ameryki łacińskiej, ale skoro mam urodziny, to mogę sobię podarować trochę lenistwa.  Chyba otworzę sobie paczkę orzechowych chrupków i doczytam do końca książkę, która przez cały weekend trzymała mnie w łóżku.

Chyba już całkiem ze mną źle, skoro moim wymarzonym sposobem na spędzenie urodzin jest wieczór z lekturą.

Chyba się starzeję.

Brzęczenie much, brzęczenie szkła. W Portugalii cicho śpiewa ktoś


2008-12-01 22:10:53 skomentuj (4)


Nie przebierając w środkach można przebrać miarę

Siedzimy sobie z wiedźmami we trzy na pizzowo-plotkarskim sabacie, słuchając dziwnych  piosenek z you-tube’a.

Żyrafa – Fajnie by było zrobić jakąś taką imprezę z przebieraniem, co?

Ja – To moje urodziny możemy zrobić, tylko wymyślcie za co będziemy się przebierać.

Maleyka – Może lata jakieś retro? Lata 70., albo 80.?

Ja – Taa, to ja się przebiorę za hippisa,

Żyrafa – Ta, a ja za ghoticgirl, a Maleyka za rasta.*1

(i tu nastąpił wybuch ogólnej wesołości)

Ja – Nie no takie lata 70. to bez sensu, bo większość naszych znajomych praktycznie nie będzie musiała się przebrać. Jak retro to takie porządne: lata 20., lata 30.

Żyrafa – Pióra we włosy, i kiece na skos.

Maleyka -  Oooo, może być, bo ja mam taką na skos.

Żyraf – No wymyślmy coś takiego fajnego, to ja obiecuję, że tym razem naprawdę się przebiorę.

Ja – Ty to się przebierz za dziewczynę, to na pewno nikt cię nie pozna.

Żyrafa – Hm, a może za zwierzątka?

Maleyka – O, moja siostra ostatnio dostała takie fajne uszy królika co świecą w nocy.

Ja – O, ekstra, założysz uszy,  ogonek i nic ponad to :P. Będziesz robić za króliczka Playboya.

Żyrafa – My Króliczki zakładamy nasze ogonki tylko na specjalne okazje.*2

(leci w tle „We are family” z filmu „Birdcage”*3)

Ja – To może za drag queen?

Żyrafa – wracając z łazienki – Ja wiem, wiem! Przebierzemy się za środki czystości.  Okruszek, za żel, Maleyka za szampon a ja…

Ja – A ty za pumeks.

Ja – To może za środki unijne, albo środki przekazu?

Maleyka – Za środki transportu. Okruszek będzie trolejbusem

Żyrafa – To ja proponuje za środki antykoncepcyjne.

Ja – A może za środki odurzające?

Maleyka – To ja się przebiorę za konopie indyjskie, mam już wprawę.*4

Żyrafa -  Przebierzmy się za ulubione drzewa i każdy będzie drzewem marihuany*5

Ja – Albo za papierosy, ja mogę być slimem… albo lepiej „Black Debilem".

Żyrafa – To może za alkohole świata, Okruszek będzie winem w kartonie.

Ja – Skoro jesteśmy przy roślinkach, to może za kwiatuszki?

Żyrafa – Chcesz być tulipankiem?

Ja – Nie, będę kaktusikiem :P, albo ostem.

Maleyka – To ja stokrotką .

Chórek – Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj…

Żyraf – To może za owocki?

Ja – Tak przebierz się za ananasa , najlepiej w puszce.

Maleyka – A okruszek za kokosa.

Ja- Hm, czy wystarczy jak nie ogole nóg? :P

Żyraf – No ale ten ananas był by fajny, przyczepisz sobie takie żółte kółeczko wokół szyi, bioder i kostek, i zielone farfocle we włosy.

Maleyka – Skoro jesteśmy przy ananasach, to może jakieś po prostu havaya party?

Żyraf – A upleciesz sobie spódniczkę z trawy?

Maleyka – Nooo, właśnie i palemka od drinka we włosy.

Ja – Skąd wy chcecie trawę w środku grudnia wytrzasnąć?

Żyraf – Z Holandii?

Maleyka – To już żeśmy przerabiały.

Ja – Mam pomysła, przebierzmy się za postaci z bajek.

Wiedźmy – Ueee, każda laska założy kiece i będzie twierdzić, że jest królewną.

Żyrafa – Ale ja mogę być wróżką, będę mieć gwiazdeczkę na patyczku, czapeczkę i różową kiecę ledwo za tyłek i będę tak podskakiwać i machać różdżką.

Ja – Dla samego widoku Żyrafy w różowej mini jestem gotowa to zrobić.

Maleyka – A ja?

Żyrafa – Możesz być Kopciuszkiem, albo siostrą kopciuszka :P

Ja – Albo Sidem leniwcem.

Żyrafa - albo będę Dzwoneczkiem z Piotrusia Pana, zrobię sobie skrzydełka, zawsze chciałam mieć skrzydełka.

Ja – To ja się zrobię na Esmeraldę „Czarne włosy, chodzi z kozą”

Żyrafa – A będziesz mieć kozę? Taką prawdziwą?

Maleyka – No dobra a ja?  Za kogo ja  mam się przebrać?

Żyrafa – Możesz za Jasminę z Alladyna.

Ja – Wiem to ja będę udawać lampę Alladyna, hm albo papugę?

Potem padło jeszcze wiele konstruktywnych i zapewne równie zabawnych propozycji, ale niestety memoria fragilis est.

Tak więc tym szanowny czytelniku musisz się zadowolić.

A rano dostałam na gg od Żyrafy:

żyraf (11:32)

wczoraj mi przyszło na mysl że sie mozesz przebrac za wąsatego meksykanina w tym

swoim poncho hehe a mi przyszło na myśl jeszcze ciasteczko ze shreka i dalmatyńczyk

naf. A na Orkana w ogole dostałam świra bo mi wpadło do głowy że możemy sie wszyscy

przebrac za znaki drogowe

*1 Tak się składa, że ulubionym kolorem Żyrafy jest czarny, a ulubione zespoły to Therion, Closterkeller i Nightwish, Maleyka zwykle obwieszona jest czerwono-zielono-żółtymi gadżetami i buja się w rytmach jamajskich, a niżej podpisana no cóż… pacyfa, podarte dżinsy i włóczka we włosach mówią same za siebie.

*2 Jest to cytat z filmu dla sfrustrowanych kobiet po 30tce „Brigit Jones”.

*3  Jest to piosenka finałowa z filmu „Birdcage”, o problemach jakie może mieć młody chłopak gdy chce przedstawić rodzicom swej narzeczonej własnych rodziców, zwłascza jeśli przyszły teść jest szefem kongresowej komisji do spraw moralności a rzeczony młody człowiek został wychowany przez parę homoseksualistów, z których jeden tatuś w kobiecych ciuszkach robi karierę na scenie nocnego lokalu należącego do drugiego tatusia.

*4 Dawno dawno temu, Okruszek i Maleyka grały w przedstawieniu szkolnym o Holandii marihuanę. Ubrane w zielone sukienki i oblepione zielonymi liskami z brystolu wystąpiły jako siostry Mary i Jane.

*5  Również dawno dawno temu, kiedy jeszcze wszystkie 3 wiedźmy chodziły do liceum i bardzo się nudziły na lekcjach informatyki czytały sobie komiks „losux”, gdzie na polecenie dyrektora, żeby w dzień ekologii wszystkie dzieci przebrały się za ulubione drzewka, jeden z głównych bohaterów wcielił się w wyżej wymienione drzewko marihuany.


2008-11-08 17:09:53 skomentuj (5)


Pierogowy klub dyskusyjny
Stoimy w kuchni na pierwszym piętrze, bo wszystkie inne są na noc zamykane, od kiedy w sąsiednim akademiku ktoś wywołał pożar w kuchni w trakcie nocnej imprezy, wyrzucając papierosa do zsypu. W ogóle imprezy w kuchni są zabronione. Zdarza się więc, że gdy czasem wiele osób jednocześnie gotuje, zmywa, konsumuje albo po prostu kręci się po kuchni, wpada nagle sympatyczna starsza pani z portierni, nie mogąc ukryć zadowolenia, że przyłapała nielegalne zgromadzenie, i każe się rozejść. Wystarczy jedna chwila, by każdy złapał do ręki: patelnię, garnek czy choćby widelec - przecież przyszliśmy tu zjeść obiad, bo czyż nie do tego służy kuchnia? Miła pani musi się wycofać wobec niezbitego alibi, choć obie strony wiedzą,  że niedługo tu wróci. Teraz jest 2 w nocy, staramy się więc zachowywać najciszej jak to możliwe, ale gdy w pomieszczeniu przebywa 10 osób, i to mówiących 5 językami, nie jest to łatwe: angielski , turecki, włoski, francuski i polski przeplatają się ciągle. Zgłodnieliśmy od długich korytarzowych dyskusji, Agnieszka przyznała się, że przywiozła pierogi z domu.

– Pirogi hruske – zakrzyknął z entuzjazmem Roman z Francji, intonacją i akcentem świetnie imitując panią z baru mlecznego przy uczelni. Aga przyniosła pierogi, Marcin patelnię i olej, Oja plastikowe widelce. Pierogi się smażą, a my czekamy. Roman śpiewa po francusku, a Ipek po turecku. Agnieszka uczy się włoskiego, więc chce z Tomaso rozmawiać po włosku, ale on woli trenować swój angielski.  Pierogi skwierczą. W oczekiwaniu na… kolację? a może już śniadanie? otwieramy okno i obserwujemy uśpioną Warszawę. Nareszcie pierwsza porcja pierogów ląduje na stole. Każdy chwyta plastikowy widelec i łowi upatrzonego pieroga. Stoimy gryząc pierogi na widelcach, jak ziemniaki wyciągnięte z ogniska. Są bardzo duże, trzeba uważać żeby nie spadły, jeśli zostaną nierównomiernie obgryzione. Są też bardzo gorące, więcej dmuchamy niż jemy, mocno przypieczona skórka chrupie w zębach, olej spływa na palce. Mama Agi do pierogów ruskich dodaje mięty, co nadaje im niepowtarzalny smak.

- I feel like real Polish – mówi Roman, wsparty o brudne kafelki, gryząc kolejnegoruskiego.

Pierogi są pyszne, ale szybko się kończą. Marcin przynosi kolejne, tym razem ze szpinakiem, ale niestety już nie domowe. Głodny student jednak nie zagląda darowanym pierogom w nadzienie. Także po chwili jemy zielone pierogi. Siedzimy na stołach, machamy nogami. Jutro mamy spotkać się tu o tej samej porze, Tomaso obiecał, że tym razem on ugotuje pastę.


2008-10-24 16:38:17 skomentuj (1)


W cieniu Lenina
Rok szkolny zaczął się, choć jeszcze niezbyt daje się we znaki, na
razie więcej mam okienek niż zajęć. Niedługo się to pewnie zmieni, ale
póki czasu jest jeszcze trochę można udawać, że szkoły nie ma i
zatopić się we wspomnieniach nie tak dawnych dni. Teraz, gdy patrzę na
spowitą jesiennym wiatrem Warszawę, trudno mi uwierzyć, że jeszcze 2
tygodnie temu zdobywałam tatrzańskie szczyty po kolana w śniegu. A
było to tak:
Jak co roku dzielny samorząd zorganizował nam obóz integracyjny w
nieśmiertelnym domu gaździny Teresy w pięknym podzakopiańskim
Poroninie. Jak sama nazwa wskazuje, głównym celem wyjazdu była
integracja młodych, świeżo nabytych, i starych studentów naszych
wspaniałych studiów. Integrowaliśmy się długo i namiętnie, czego do
dziś słyszalnym znakiem jest mój zachrypnięty głosik. Wynik, wbrew
temu co twierdzą złośliwe żyrafy, nie pijackich orgii, a raczej nocy
spędzanych z Kamilem i jego gitarą. Choć nie da się ukryć, że szary,
okryty mgłą i deszczem górski krajobraz zazielenił nam się absyntem.
Cóż bowiem innego może pić zblazowana, intelektualna elita i sól tej
ziemi (in spe), jeśli nie ambrozję dekadentów.
„Alpagi łyk i dyskusje po świt"
Kto czyta „Krytykę Polityczną", a kto jej nie toleruje; kto się
przesiada w autobusie, gdy jego sąsiad wyciąga „Gazetę Wyborczą",
która jak wiadomo, jest narzędziem SLD;  czy Tybet powinien być wolny
czy nie; dlaczego kobiety postrzegają mężczyznę feministę jako
głupiego.
W związku z tym, że jedni twierdzili, ze PRL była cool, a drudzy, że
nie, w jednej Sali śpiewano „Rotę", a w drugiej „Międzynarodówkę".
Jak nie trudno się domyśleć, Okruszek wtedy spylał jak najszybciej na
karaoke i to tak prędziutko, że się tylko kurzyło.
Poza piciem i śpiewaniem robiliśmy, w co może trudno niektórym
uwierzyć, także i inne rzeczy np.: przedstawienie teatralne.
Inscenizacja „Szkarłatnej Wyspy" zagrana po zaledwie jednej próbie,
pierwszej i jednocześnie generalnej, była hitem tego lata. Na uwagę
zasługują zwłaszcza efekty specjalne:
świetlne, czyli Szymon podświetlający zapalniczką tekst by w
absolutnych ciemnościach jakie zapadły po awari prądu móc dalej
wygłaszać swój dramatyczny monolog,
Dźwiękowe: czyli Mikołaj  czytający swą  rolę płomiennego kochanka
idealnie beznamiętnym głosem w dodatku wraz z didaskaliami
Wizualne: żołnierze i dzikusi posługujący się  z braku rekwizytów
wyimaginowaną bronią.
A wpadki jak np.: pokojówka otwierająca dżwi na drugim końcu sali niż
ten z którego wchodzą goście, lub straż strzelająca do króla zamiast
do napastników, dodawały tylko dodatkowego smaku całości.
Chodziliśmy też po górach, żeby nie było, że oddaliśmy się tylko
rozrywkom intelektualnym. Pogoda wprawdzie była paskudna i zupełnie
niezachęcająca, ale co to dla nas. Zaspy śniegowe  tylko podkręcały
naszą głupawkę, co zaowocowało tym, że rzuciwszy się z Agą na ziemię
zrobiłyśmy dwa piękne orły. Zdobyliśmy Grzesia po kolana w śniegu, na
którego szczycie w ochronie przed wiatrem kuliliśmy się wszyscy pod
naprędce sporządzonym przez nas daszkopłaszczykiem z foli
izolacyjnej. Bóg jeden wie kto ją zabrał i po co, a schodząc
władowaliśmy się w sam środek stada uowiecek. Dotarliśmy też do
jakiegoś tam stawu, to znaczy w to, że dotarliśmy musieliśmy
przewodnikowi uwierzyć na słowo, bo choć rzekomo rzeczony akwen był
pod nami to mgła była tak gęsta, że nic nie było widać. Mógł więc
rónie dobrze jak morze w naszym fantastycznym przedstawieniu być
wyimaginowany. Spałaszowaliśmy pyszną szarlotkę ze śmietaną i jagodową
polewą w dolinie Chochołowskiej, co było główną atrakcja tego dnia, bo
jak z cebra lało, a jak wiadomo w takich warunkach chodzenie po górach
to średnia przyjemność.
Największe jednak podziękowania należą się Kamilowi, który czarował
nas swoją gitarą niezmordowanie noc w noc  Tak skutecznie, że pani
kucharka była przekonana, że jest on samym Jackiem Kaczmarskim.
Pierwszaki też okazały się nadspodziewanie fajne i przede wszystkim
normalne. Także generalnie było super, już tęsknie za górami i za
naszym odpałowym gronem.
2008-10-07 20:54:02 skomentuj (3)


rejs
 

No czas tu coś wreszcie skrobnąć. Miałam napisać o Slocie, ale się nie zebrałam, potem po Woodstocku też miałam wam zdać relacje, ale jakoś się nie zdażyło. Teraz więc postanowiłam się wziąć w garść, bo niedługo ten blog umrze śmiercią naturalną. Opiszę zatem swój ostatni wojaż na Morze Północne.

Gdzie jeszcze Okruszka nie było? Oczywiście na morzu i oczywiście jest to niedopatrzenie tak poważne, że postanowiłam je czym prędzej naprawić. Popłynęłam więc na rejs jachtem Zawisza Czarny, a dokładnie zostałam członkinią załogi biorącej udział w regatach Tallship races. Zaczęliśmy w Bergen (Norwegia) a skończyliśmy w Denhelder/ Derhelden… uee jakoś tak (Holandia), a w między czasie spędziliśmy 8 dni na pełnym morzu ze wszystkimi możliwymi atrakcjami. Były dwa dni totalnej ciszy, gdy ścigaliśmy się z platformą wiertniczą zachodzącą nas to z przodu, to z tyłu, raz z lewej, a potem z prawej, bo zabrakło dziewicy, która mogła by podrapać maszt (wg. Przesądów żeglarskich takie działanie wywołuje pomyślny wiatr). Były też dni z wysoką falą kiedy wachta przygotowująca posiłki odmówiła wydania obiadu, w obawie o własne zdrowie i życie i jedliśmy zupę z kubków stojąc w kuchni, a potem wieeeeelka fala zakrywszy Okruszka po uszy zmyła go prawie z pokładu, w nocy natomiast nie zasnęłam wcale bo co i rusz spadałam z koji. Na korzyść i plus świeżo upieczonej żeglarki czyli mnie trzeba zapisać, że Neptun nie miał do mnie żadnych roszczeń, nic nie musiałam mu oddawać – czyt. Zero choroby morskiej. Bujanie mi się bardzo podobało, nawet dzięki niemu polubiłam odkurzanie. Kiedy silnie huśta a odkurzacz wymaga pozycji klęczącej co najmniej to najlepiej sobie leżeć i tylko łapką machać a sprząta się samo więc to czysta przyjemność.Fajnie się też wtedy zmywa tylko trzeba uważać żeby woda ze zlewu nie wylała się na spodnie no i łapać szuflady bo sztućce lubią lądować na podłodze. Na jachcie podobało mi się wszystko od wspomnianego sprzątania, przez sterowanie, stawianie żagli, włażenie na maszt i na bukszpryt (prawie jak hamak przed dziobem statku tylko że buja dużo lepiej i przy okazji fale moczą tyłek) aż po pieczenie pizzy w środku nocy dla ciężko pracującej nocnej wachty. Zmywaliśmy też pokład spontanicznie (od greckiego słowa spontan czyli dokładnie :D). Nie przeszkadzało mi nawet wstawanie w nocy na wachty tzw psią (między północą a 4 rano) albo świtówkę (między 4 a 8 rano). Mogłam sobie wtedy podśpiewywać czarnego bluesa i podziwiać piękną pełnie księżyca, liczyć spadające gwiazdki oraz wschód słońca wyłaniającego się z porannych chmur jak z lodów poziomkowych z bitą śmietaną. Tylko niestety marzłam strasznie, bo wiedziona swym niepoprawnym optymizmem nie wzięłam zbyt dużo ciepłych ciuszków. Był to jednak świetny pretekst żeby od kolegów wycyganić polarek, albo dać komuś łapki do ogrzania:D.

To co jednak było na tym rejsie najfajniejsze to towarzystwo. Idea przytulania przyjęła tu trochę inny charakter ale pod nazwą ocieractwa była obecna. Ocierali się wszyscy i dzięki temu była kupa radości. Poza tym mieliśmy świetnego bosmana, który do pracy zachęcał mnie najprawdziwszą marchewką, to znaczy w nagrodę za woluntarystycznie wysprzątaneczęści pokładu dostawałam od niego świśniętą z kuchni marchewkę. Innych mobilizował gromkimi okrzykami: „Do roboty Kurwa!, Ruchy, ruchów nie widzę!. Świetnych mieliśmy też oficerów i kapitana. Załoga wykazała się niejednokrotnie poczuciem humoru np.: umieszczając pranie jednego z oficerów na szczycie najwyższego masztu. Również i mnie się dostało, bo gdy się opalałam na dziobie, pan mechanik chcąc mnie zagonić do pracy oblał mnie całą z okrętowego szlałfa, naszczęscie było ciepło:P. A na zakończenie bosman ścigał mnie z pieczątkami jachtowymi i ostęplowywał w każdym możliwym miejscu trochę jak w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”. Ja w ogóle przyjęłam samozwańczo funkcję k.o.wca i jak mi się nudziło chodziłam po pokładzie sprawdzać czy wszyscy się dobrze bawią, a jak bawili się źle to rozdawałam cukierki.

Urządziliśmy też jednemu koledze urodziny, niebyle jakie bo 30te. Z tej okazji kapitan dał nam dyspense i na stole wylądowała flaszka wódki (jedna na 38 osób:D) Zawisza Czarny:D a jakże. Wieczorami rzecz jasna towarzyszyła nam gitara i śpiewy a czasem i tańce.

Na koniec regat wszystkie jachty mogły być zwiedzane więc i Zawisza cieszył się dużą popularnością nawet TV było a kto przed kamerami wystąpił? No oczywiście dzielny reprezentant wszystkiego i wszystkich Okruszek. Następnego dnia w porcie zaczepiali mnie ludzie, że mnie w TV widzieli:P ach ta sława.

Teraz siedzę w domu wyciągam sztywne od soli ubrania i tak mnie coś ściska w sercu.

Wiem dobrze wiem, że już zakochałam się na całe życie nie odwołalnie i przeraźliwie nieszczęśliwie, bo na morze pojadę znów dopiero najwcześniej za rok, a już bym chciała tam wrócić.

 


2008-08-24 22:45:20 skomentuj (6)


bajki nie dla dzieci

Leżymy razem w łóżku. Jest już ciemno, a w zasadzie to jeszcze jest ciemno, bo niedługo zacznie świtać. Przed nami cicho szumi telewizor. Ty trochę śpisz, trochę się budzisz, patrzysz nieprzytomnym wzrokiem na ekran i zadajesz pytania bez sensu. A ja patrzę. Patrzę i analizuję. Przed moimi oczami rozgrywa się historia cokolwiek brutalna, nieco śmieszna, ale w ostatecznym rozrachunku raczej smutna, choć niby z happy endem. Uwielbiam filmy tego twórcy, bo w tych niecałych dwu godzinach zawiera cały świat. Dobro i zło, humor i smutek, ludzką krzywdę i niesprawiedliwość rasową. Pokazuje najciemniejsze strony naszej natury ale także siłę przyjaźni. Choć jednak zło zawsze jest potępione i ukarane, to dobro nie zawsze odnosi pełny sukces. Jest więc tak jak w życiu, dobro wygrywa - owszem, zawsze moralnie - ale realnie? Niestety, te filmy rzadko kończą się ślubem.  W tym akurat filmie owładnięty fanatyczną  ideą czystości rasowej w podległym sobie rewirze przedstawiciel prawa ściga niespełniających jego kryterium normalności  bezbronnych ludzi. Przypisuje im wszystkim jako rasie apriorycznie wszelkie najgorsze cechy. Postać ta jest uniwersalna, jednym może kojarzyć się z Hitlerem, który chciał oczyścić rasę germańską z semickich śmieci, innym z krwawym karłem dławiącym za wszelką cenę kontrrewolucję w łonie własnego narodu, a jeszcze innym  z papieżem posyłającym krucjaty do ziemi świętej twierdząc, że Bóg tak chce. Na każdym kroku okazuje się, że żądza mordu u naszego bohatera jest coraz silniejsza, aż w pewnej chwili wychodzi na jaw, że trawi go - owszem żądza - ale nieco innego rodzaju. Tu znów należy wspomnieć, że „wielkie” czyny słynnych wodzów też często wypływały z ich głębokich lęków kompleksów, ambicji czy sentymentów, do czego oczywiście za żadne skarby by się nie przyznali.  Sfrustrowany  niemożnością posiadania upragnionej kobiety nasz bohater topi całe miasto we krwi dając ujście swemu buzującemu testosteronowi w coraz bardziej obłąkanej akcji eksterminacyjnej, która i tak naprawdę ma jeden cel - odnaleźć czarnowłosą, która co i rusz pokazuje się to tu, to tam, grając mu na nosie, po czym znika jak kamień w wodę.

Jest to więc opowieść o fanatyzmie, o rasizmie, a także o tym, że to wszystko i tak podszyte okazuje się zwierzęcym instynktem prokreacyjnym.  W tej historii są jednak inne wątki. Młody wrażliwy chłopak, który jest odrzucony przez społeczeństwo ze względu na swe kalectwo. Zamknięty w swej samotni uważa, że ludzie są źli, ale gdy poznaje pierwszą istotę, która okazuje mu odrobinę ciepła  od razu się w niej zakochuje. Nie trzeba dodawać, że miłość jest nieszczęśliwa, bo zgodnie z regułami brutalnego świata piękna dziewczyna nie może dostać się pokrace. O jej względy zabiega również pewien piękny i młody oficer i rzecz jasna trójkąt miłosny rozwiązuje się w jedyny realistyczny sposób. Młoda i piękna para zwalcza przeciwności losu przy pomocy kalekiego chłopaka, ale swym szczęściem już się z nim nie dzieli. Nasz bohater znów zostaje opuszczony, w dodatku jeszcze bardziej rozgoryczony, bo już zaznał słodyczy miłości i goryczy rozczarowania. Jednocześnie odkrywając tajemnice swego pochodzenia po raz kolejny ujawnia przed nami i sobą przewrotność i podłość swego opiekuna, fanatycznego  zwolennika czystości rasowej. Człowiek, który przez całe życie kazał się biedakowi uwielbiać jako dobroczyńca, który ocalił go z rąk wyrodnej matki, okazał się być jej faktycznym mordercą, który jedynie pod przymusem zachował przy życiu potworkowate dziecko.  

Tak więc stróż prawa został ze wszech miar sprawiedliwie ukarany. Nie dość, że nie dostaje pięknej, młodej dziewczyny, to jeszcze ponosi śmierć w walce o nią. Zło jest zatem bezdyskusyjnie napiętnowane.  Jednak bezinteresowne dobro, uosobione w postaci kalekiego młodzieńca, nie odnosi jednoznacznego sukcesu. Uzyskuje wolność, choć traci miłość, zanim ją tak naprawdę zdobył.  Jednakże czy młodzi i piękni również nie są dobrzy? Nikogo nie chcą przecież krzywdzić - oni tylko chcą być razem. Są więc po prostu najbardziej egoistycznie dobrzy, jak to tylko potrafią zakochani.

Aż dziw jak tyle brutalnych faktów jak: zabicie z zimną krwią kobiety na schodach kościoła, usiłowanie dzieciobójstwa, uwięzienie, próba gwałtu, korupcja, tortury, bezmyślne mordy, uwięzienia i spalenia domów jest przyjmowanych przez dzieci bez mrugnięcia oka. Nie do wiary jest wręcz, że widząc to wszystko są w stanie się śmiać z żartów pociesznych gargulców. Dziewczynki chodzą boso, chcąc być jak czarnowłosa, chłopcy machają patykami udając młodego oficera, a nikomu przez myśl nawet nie przejdzie żałować samotnego chłopca.

Kto by się chciał bawić z garbusem?

Być może jest tak dlatego, że największymi egoistami na świecie są właśnie małe dzieci i nikt tak jak one nie potrafi być okrutny i nieczuły. Tak więc, choć na pierwszy rzut oka bajki Disneya wydają się łatwe i przyjemne, na drugi wydają się być w cale nie dla dzieci, to na trzeci okazuje się, że są świetnie do swoich małych adresatów dopasowane.
2008-07-29 00:08:32 skomentuj (2)